|
Pierwsze atrakcje czekały na nas w tramwaju. Tłumnie i z przytupem na przystanku do wnętrza „dziewiętnastki” wkroczyli kibice jednej z śląskich drużyn. Zapełnili przestrzeń szczelnie swoimi odzianymi w klubowe barwy postaciami. Jeden wdrapał się nawet na szafkę, w której schowane są jakieś tramwajowe wnętrzności, rezultatem czego, zwisał niebezpiecznie nad moją głową i zmuszał mnie do gorących modlitw na każdym zakręcie. Zleci na mnie? Nie zleci? Nawoływał też swego kolegę, by ten podążył jego śladem, wystawiając szalik przez okno i powiewając nim dumnie. Na szczęście pan kibic okazał się kulturalny i poinformował rozmówcę:
- Weź, no k... nie mogę, bo tu panią uderzę szalikiem! – A mówią, że kibole to niecywilizowana dzicz. Ci okazali się troskliwi o dobro innych przedstawicieli społeczeństwa.
Być może w procesie wychowawczym miał spory udział motorniczy. Konsekwencja i jeszcze raz konsekwencja! To klucz do sukcesu. Za każdym razem, gdy czereda poczynała podskakiwać w rytm wyrykiwanej pieśni, kierowca zatrzymywał pojazd, choćby w połowie drogi do następnego przystanku i otwierał drzwi z niemym rozkazem:
- Wynocha!
O dziwo metoda działała.
- Ej! Kalafior! Nie skacz tam, bo dalej nie pojedziemy! – instruowali się wzajemnie koledzy i po chwili radosny tramwaj jechał dalej. Na szczęście dojechaliśmy do celu bez uszczerbku i nawet było całkiem wesoło.
W Katowicach udaliśmy się na osławioną ulicę Mariacką.
- Dlaczego za naszych studenckich czasów nie było tych wszystkich knajp, pubów, klubów?! - zaszlochaliśmy rzewnie. – Tylko trzeba było się telepać na Ligotę i wracać potem o trzeciej nad ranem autobusem widmo. By się do niego dostać, należało przebyć setki, jak się zdawało umęczonym całonocną balangą zwłokom, kilometrów, gdyż niestety nie odjeżdżał on spod samych akademików.
Powspominaliśmy z sentymentem dawne czasy, uraczyliśmy się piwkiem w klimatycznym pubie i na propozycję udania się do klubu na tańce do rana zgodnie, a energicznie odmówiliśmy.
- Techno będzie łupać nam po czaszkach. Podepczą nas, bo ścisk jest na pewno. E, to lepiej chodźmy do muzeum! – wpadliśmy na pomysł, który jeszcze parę lat temu nawet przez myśl by nam nie przeszedł. Do takich geriatrycznych posunięć zainspirowała nas trwająca właśnie noc muzeów.
Najpierw odwiedziliśmy Centrum Kultury, gdzie obejrzeliśmy między innymi plakaty z filmów Romana Polańskiego. A potem ochoczo pomaszerowaliśmy do Muzeum Śląskiego. Tu najbardziej przypadł nam do gustu fotoplastykon z trójwymiarowymi, starymi zdjęciami śląskich miast z dawnych lat. Był też i Chorzów! W innej salce pani konserwator zabytków opowiadała ze szczegółami, jak maluje się obraz, jakie warstwy nakłada, jak wszystko zabezpiecza. A gdy Druga Połówka dostała na pamiątkę kopię linorytu, była już w siódmym niebie.
- Mam linoryt! Zawsze chciałem mieć linoryt! – zachwycał się mój Mężczyzna.
W oczekiwaniu na nocny powrotny autobus, pożarliśmy kebaba, mlaskając z zachwytu.
Nie wiem, czy to magia późnej, nocnej godziny spędzanej wśród dobrodziejstw kultury? A może fakt, że po zmierzchu po centrum Katowic wreszcie spacerują ludzie? Nie tylko pijane niedobitki, ale zupełnie zwyczajni, chętni do zabawy i mający gdzie się udać w tym celu. Takie Katowice by night mi się podobają!
|