|
Z języka niemieckiego znamy tylko przekleństwa, jednak na całe szczęście większość napotkanych przez nas Niemców życzliwie udzielała nam informacji po angielsku. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że metro to boski wynalazek i nie ma szybszego i bardziej niezawodnego rodzaju środka komunikacji miejskiej. Oczywiście pod warunkiem, że ma ono więcej niż jedną linię (patrz – stolica).
Z ponad dwustumetrowej wieży telewizyjnej podziwialiśmy widoki miasta. W Muzeum Pergamońskim, gdzie jest pełno eksponatów przywiezionych z Turcji czy Grecji, Druga Połówka ujawniła naturę sceptyka.
- Tak! To jest sposób! Nakraść zabytków innym, a potem się chwalić bogatymi zbiorami muzealnictwa!
Przemaszerowaliśmy główną ulicą Unter den Linden, rozglądając się na prawo i lewo, aż dotarliśmy do Bramy Brandenburskiej i Reichstagu. Po drodze zahaczyliśmy o Muzeum Guggenheima, gdzie z założenia mieliśmy się zachwycać sztuką współczesną. Jednak instalacje z muszli klozetowych i rur kanalizacyjnych jakoś do nas nie przemówiły. Wciąż nie wiedzielibyśmy, jak odpowiedzieć naszemu dawnemu wykładowcy z języka angielskiego, który z uporem maniaka na zajęciach zadawał wszystkim upiorne pytanie:
- Pani Marto, what’s your opinion abort modren art?
W słynnym Check Point Charlie, gdzie zachowano oryginalną budkę graniczną przy murze berlińskim, zapoznaliśmy się z pomysłowymi sposobami na przedostanie się w tajemnicy ze wschodniej części miasta do zachodniej. Niektórzy wchodzili do bagażników samochodów. Inni własnoręcznie konstruowali paralotnie bądź łodzie podwodne. A jeden desperat schował się we wnętrzu plastikowej krowy naturalnych rozmiarów, która miała jechać na jakieś targi na zachodzie.
Na sam koniec zostawiliśmy sobie nowoczesne Sony Centre – zbiór multipleksów, restauracji, kawiarni i tym podobnych pod wielkim, imponującym, szklanym dachem. Podchodzimy, a tu czerwony dywan rozłożony.
- Nie musieli – łaskawie stwierdza Druga Połówka. Aż takich zaszczytów na swe urodziny nie oczekiwała.
Wokół dywanu barierki, a na nich wsparte tłumy piszczących nastolatek. Po drugiej stronie ochroniarze w czarnych garniturach i ciemnych okularach.
- Na co oni czekają? – zastanawialiśmy się. Nie pozostało nam nic innego, jak też poczekać i się dowiedzieć.
Nie minęło pięć minut, a tu podjeżdża ciemna limuzyna, a z niej wysiada…Jennifer Aniston we własnej osobie. Dziki pisk z wszystkich stron, połączony z nawoływaniem po imieniu:
- Jennifer! Jennifer! – Aktorka podchodziła do fanów, rozdawała autografy i uśmiechała się do rozszalałych paparazzi. Nie mogliśmy być gorsi. Przepchnęliśmy się przez tłum nastolatek i mamy! Zdjęcie Aniston z jakiegoś metra odległości. Może jakaś bulwarówka chciałaby od nas odkupić fotkę za jedyny milion? Nie? To szkoda.
- Załatwiłam ci audiencje u Jennifer na urodziny – chwaliłam się Drugiej Połówce. Nawet Tropical Island ze zjeżdżalniami i basenami nie był w stanie przyćmić tego doniosłego wydarzenia.
Nie chcę nic mówić, ale jestem niezwykle wyrozumiałą i tolerancyjną żoną. Jakieś dwa tygodnie później poszłam z mym Mężczyzną za kulisy i ze spokojem mnicha buddyjskiego przypatrywałam się, jak robi on sobie z miną największego szczęścia na twarzy zdjęcia z uwielbianą Martą Żmudą – Trzebiatowską.
- Ja ją objąłem! Przed chwilą! Widziałaś? – szturchał mnie jeszcze przez pół godziny.
Okrągłe rocznice nie są takie złe. Zawsze może wpaść jakiś niespodziewany gość. |