‹‹ poprzedni artykuł   strona główna   następny artykuł ››
Emeryci na koncercie
             Czasem człowiek nie uświadamia sobie, że te lata już minęły. "Te", znaczy młodzieńcze. Świadczy o tym choćby wyprawa moja i Drugiej Połówki na koncert. Nie byle jaki, bo rockowy.

             Po dłuższym czasie wznowiono w katowickim Spodku „Odjazdy”. Więc kto miał się na nie wybrać, jeśli nie my – starzy rockendrollowcy?Jak starzy, miało się dopiero okazać.

            Prawda zaczęła koleć w oczy już przy poszukiwaniach odpowiedniego obuwia. Przeszperałam strych, odnajdując w końcu w najbardziej zakurzonym jego kącie glany. Noszone ostatnio jakieś dziesięć lat temu. Czyli w głębokim liceum.

- Niemożliwe, żeby to było tak dawno temu! – popadłam w panikę.

Me przerażające przypuszczenia potwierdziła mama.

- Och! W tej grzywce wyglądasz o dekadę młodziej! Jakbyś znów miała siedemnaście lat!

Co gorsza, za metryką poszły odpowiednie zachowania. Bo ociężałych, pancernych glanów nie nakładałam już dla wizerunku, lecz po to, by mnie zbytnio deptający tłum nie uszkodził.

Przyjrzawszy się biletowi, stwierdziłam, że jest połowa sukcesu! Znam trzy z sześciu występujących zespołów. Takie szyfry jak „CF98” nie mówiły mi zupełnie nic. „Muchy” to przecież takie owady. A „Happysad” znaczy pewnie, że komuś się coś pomieszało i tak naprawdę nie wie, czy jest szczęśliwy, czy smutny. Przez trzy pierwsze występy skupiłam się więc głównie na prawidłowym manewrowaniu łokciami, by mnie za bardzo nie poprzetrącali.

No i pytam się, gdzie te czasy, kiedy z wyrazem szaleńczej radości na twarzy wpychałam się w największy młyn i nic sobie nie robiłam z tego, że leżę na ziemi, wstać nie mogę, a jakieś osoby skaczą po mnie jak po trampolinie?! Tego jestem już pewna. Minęły bezpowrotnie!

Gdy na scenę wkroczyły Strachy Na Lachy, poczułam się pewniej. Tych kojarzę. Nawet niektóre piosenki umiem zaśpiewać. Może i znam co trzecie słowo, ale to zawsze coś. Jednocześnie zaobserwowałam niepokojące boleści w rejonie pleców. Bardziej swojsko poczułam się, słysząc rozmowę pary stojącej tuż za nami.

- Ej! Łupie cię w krzyżu? – chciał wiedzieć chłopak.

- No! Chyba już stara jestem.

- Ja też. – Cóż, nazwali rzecz po imieniu.

Minęło już dobrych parę godzin, a przecież wiadomo, że starsi ludzie nie mogą głodzić się w nieskończoność. Korzystając z przerwy na zainstalowanie się kolejnego zespołu, ruszyliśmy więc do punktu gastronomicznego. Tam w pocie czoła, przy użyciu sprytu i nie ukrywajmy, resztek sił, zdobyłam dwa hot dogi i colę.

- Kiedyś piłaś piwo! – podszepnęło złośliwe sumienie.

Coma dała czadu. Widownia zebrana na płycie, składając prośbę o zagranie piosenki „Sto tysięcy jednakowych miast”, usiadła zgodnie na ziemi. Kto by się nie poddał takiemu szantażowi?

Na ostatniej już przerwie, poprzedzającej występ Myslovitz, opadliśmy bezwładnie na podłogę.

- Moje nogi! – zawyłam.

- Moje uszy! – zawyła Druga Połówka. – Czemu tak głośno?

Jednak jak zagrali „Długość dźwięku samotności”, niczym te niewyżyte króliczki Energizer, darliśmy się wniebogłosy i podskakiwaliśmy razem z przedstawicielami gimnazjum. A może i podstawówki.

Wlokąc się do tramwaju, Druga Połówka popędzała mnie niecierpliwie.

- No, szybciej!

- Nie mogę! – jęczałam.

Mimo niewątpliwych poświęceń, przeciążeń fizycznych i skrajnego wyczerpania, warto było. Na nasze usprawiedliwienie dodam, że koncert trwał bite osiem godzin. Jak na emerytów to całkiem nieźle.

2011-02-27

Dodaj swój komentarz

Nick / imie:
 
Komentarze
Brak komentarzy - Twój może być pierwszy