‹‹ poprzedni artykuł   strona główna   następny artykuł ››
Budowlane piekiełko czas zacząć
             Wizja niewielkiego acz przytulnego domku na wsi z widokiem na pasma górskie, z powietrzem przesiąkniętym zapachem polnych ziół, z tarasem, na którym można powylegiwać się na słońcu i z cholera wie jeszcze czym, opętała nas na dobre. Teraz przyszedł czas na konfrontację z rzeczywistością. Brutalną, trzeba nadmienić.

             Jeśli ktoś miałby wątpliwości, na czym dokładnie polega istota powiedzeń: „wlec się jak za pogrzebem”, „ciągnąć się w nieskończoność” lub też „ślimaczyć się”, chętnie podam mu przykład z życia wzięty. Z mojego życia niestety. Nic ci nie pomoże, że masz czas, pieniądze i dobre chęci na wybudowanie własnego domu. Możesz się tym wszystkim najzwyczajniej w świecie wypchać. Jak się nie da, to się nie da i co pan nam zrobi? Przeszkody mnożą się nagle, a niespodziewanie z szybkością godną formuły jeden. Wymienić można by tu przykładowo następujące, jakże urocze sytuacje. 

Chcesz wytyczyć budynek, by budowlańce wiedzieli, gdzie kopać. Umówiłeś się już z wszystkimi. Nastawiłeś budzik na szóstą rano, żeby samemu być na czas. Zapakowałeś do auta tonę starej boazerii potrzebnej do planowanej operacji, rysując sobie przy tym boleśnie lakier samochodu. Na nic twe poświęcenia, gdyż w ostatniej chwili okazuje się, że:

            - Kierownik budowy nie może, bo pojechał na wakacje do jakiejś puszczy. Dokładnie nie wiesz, do jakiej ani kiedy wróci, bo zasięg jakiś słabiutki i dodzwonić się nie można.

            - Budowlaniec nie przyjedzie, bo pani kochana na weselu będzie cały weekend, a raczej nawet nieco dłużej. No tak koło środy powinien być z powrotem. Ale niczego nie obiecuje.

            - Geodeta ma wyłączony telefon. Jedziesz więc specjalnie sto kilometrów do mieściny, w której mieści się jego biuro. Tylko po to, by pocałować klamkę. Drzwi zamknięte na dziesięć spustów w porze urzędowania. Zaglądasz przez okno- pusto. Pytasz sąsiadów- nie no, jak go nie ma, jak jest? Z tą tylko różnicą, że jednak nie ma.

Twoje plany więc szlag trafia i jedyne, co ci pozostaje, to cierpliwie czekać. Kolejne tygodnie. Gdy w końcu znowu nadarza się okazja, by wytyczyć upragniony domek, szalejesz ze szczęścia. Ponownie pakujesz sterty desek do bagażnika. Pamiętny wcześniejszych niepowodzeń, dzień wcześniej potwierdzasz ze wszystkimi zainteresowanymi aktualność jutrzejszego spotkania. Wstajesz rano i wyruszasz w drogę. Tym razem wszystko musi się udać. Tylko, że znowu się nie udaje. Bo:

- Kierownik budowy nie pojawia się na miejscu spotkania, bo zapomniało mu się, że się z tobą umówił.

- Geodeta w prawdzie przyjechał, ale nie ma sensu rozkładać tych wszystkich dech, gdyż poznajesz największą niespodziankę tego dnia:

- Firma budowlana, która miała realizować projekt rezygnuje ze współpracy. Nie ma jednak zamiaru poinformować cię o swej decyzji. Nikt do ciebie nie dzwoni, nie odbiera telefonu od ciebie, a jak już nareszcie odbierze to wrzeszczy na ciebie:

- Nie przyjadę, bo nie! To co, że powiedziałem, że przyjadę. Co mi tu pani ciśnie?! Umowy też nie podpiszę!

Wszak najlepiej robić na lewo, wziąć zaliczkę, zniknąć na parę tygodni, podkraść nieco materiałów, a jak by się inwestor czepiał, to se może pogwizdać co najwyżej.

Wracasz więc do domu ze łzami w oczach i przeświadczeniem, że nawet już nadzieja odeszła. A przecież umiera ostatnia.  

2010-08-17

Dodaj swój komentarz

Nick / imie:
 
Komentarze
brawo 2010-08-17 15:06:33
Fantastycznie że Pani nie przerwała pisania po powrocie z "obczyzny" czyta się Pania jednym tchem. Czekamy na jeszcze :)