|
Nasza magiczna data przypadła pewnego słonecznego, czerwcowego dnia. Prognozy wcale nie wróżyły niczego dobrego. Przez cały tydzień poprzedzający nasz ślub lało równiutko i bez ustanku. Zimno przy tym było, jakby się tym u góry pomyliło, że to listopad a nie początek lata. Ja jednak nie uwzględniłam żadnych okryć wierzchnich, twierdząc, że mi zburzą koncepcję sukienki i przy ogólnych postękiwaniach ciotek i przerażeniu w oczach najbliższych, jednak tym sposobem przepędziłam złą pogodę tam gdzie jej miejsce. Czyli jak najdalej od roznegliżowanej panny młodej.
Z samego rana postanowiłyśmy z mamą udawać wielkie damy i udałyśmy się do fryzjera. Efektem tego posunięcia, musiałyśmy chyłkiem wychodzić z tego przybytku mającego podobno dodać nam urody. Dlaczego tylko za stosowne uznałyśmy nałożyć ciemne okulary, kaptury na głowę, a po przybyciu do domu szarpałyśmy grzebieniem powstałe kudły, żeby choć trochę odzyskać pierwotny wygląd?
U furtki wciąż na nowo rozlegała się piskliwa melodyjka dzwonka, oznajmiając przybycie kolejnych członków rodziny bądź przyjaciół. Pies całkowicie zrezygnował z ujadania, słusznie dochodząc do konkluzji, że szkoda gardła.
- O, tych panów nie znam.- Poinformowała nas babcia, wyglądając przez okno na kolejnych gości. Nie, nie była to jakaś zapomniana siódma woda po kisielu, o której przybyciu nie mieliśmy pojęcia.
- My gaz przyszliśmy odczytać, pani kochana.- Usprawiedliwili się mężczyźni i jakimś niepewnym krokiem weszli w to całe zbiegowisko, rozglądając się nerwowo dookoła.
Orszak ruszył główną ulicą miasta, trąbiąc jak do pożaru. Już przy wejściu do kościoła Druga Połówka otrzymała znak od niebios, gdyby tak jeszcze miała wątpliwości, czy brać nogi za pas, czy tez nie. Przygrzmociła z całej siły czołem w obniżony sufit. Na szczęście nie miała czasu się zastanowić, czy jest to dobry znak, bądź też zły.
Zdecydowanie „królem parkietu” okazał się ksiądz. Od progu rozluźnił atmosferę, rzucał żarcikami co rusz i chyba był w zmowie z Drugą Połówką, bo nagle konfidencjonalnym szeptem zachęcił nas:
- Teraz jest ostatnia chwila, w której możecie się odwrócić od ołtarza i uciec.- Zamrugał przy tym wymownie. Następnie kazał panu młodemu pocałować panią młodą i pożalił się:
- Ale macie gości. Nawet nie wiedzą, jak się zachować. Nikt nie klaszcze.- Tym posunięciem podbił już serca ostatnich niezdecydowanych.
Drobne potknięcia oczywiście też miały miejsce. Ministrant wylał wodę na nasz akt ślubu, w związku z czym zamiast w nasze ręce, powędrował do zakrystii by się wysuszyć. Nikt nie dał na ofiarę, bo nikt też na nią nie zbierał i jak się potem dowiedzieliśmy, trzeba było podejść do ołtarza, gdzie leżał przeznaczony ku temu koszyczek. Zamieszania z przekazywaniem sobie znaku pokoju, mam nadzieję nikt nie zauważył oraz szeptu mojej świadkowej:
- No to mam tam do ciebie podejść czy nie?!- I mojego nerwowego obracania się w jej stronę oraz równie niedającej się usłyszeć odpowiedzi:
- Nie wiem!
Przygotowane specjalnie na tę okazję pojemniczki do puszczania na nas baniek mydlanych zamiast rzucania ryżem (bo gołębie przylecą) lub pieniędzmi (bo okoliczne dzieci przylecą) pozostały zapomniane w bagażniku. Nic to, bo i tak do tej pory Druga Połówka utrzymuje, że ślub jest nieważny i ona wciąż pozostaje wolnym jak ptak, niezależnym kawalerem. A wszystko to za sprawą, iż nałożyłam mu obrączkę na lewą, podtykaną mi zresztą przez właściciela, rękę, a nie przykazana prawą. To niezłomne przekonanie nie przeszkodziło jednak memu Mężczyźnie szaleć na weselu i wywijać z wszystkimi zgromadzonymi przedstawicielkami płci pięknej do białego rana. Jedną z najaktywniejszych tancerek była moja prawie osiemdziesięcioośmioletnia babcia.
Na samym początku odtańczyliśmy nasz specjalnie przygotowany pierwszy taniec tylko trochę przy tym depcząc się po palcach. Ja zresztą bardzo szybko zrezygnowałam z jakiegokolwiek obuwia na rzecz gołych stóp, gdyż zakupione dwie pary białych pantofelków zdradziły mnie na całej linii.
Welonem rzuciłam wprost w mą świadkową, która prędko zarezerwowała sobie termin w restauracji na przyszły rok i poinformowała wszystkich w pracy, by już zaczęli zbierać na prezent. Nie wiem tylko jak ja jej się odwdzięczę, bo takiej niespodzianki, jaką ona wespół z moją mamą dla mnie wymyśliły, nie da się raczej przebić. A zaczęło się od mojego pojękiwania:
- Ja bym tak chciała, żeby na moim ślubie zagrali All you need is love jak na tym filmie To własnie miłość. Ale ksiądz powiedział, że nie można. Buuuu!- Uatrakcyjniałam czas wolny wszystkim, którzy wpadli w moje szpony. Pogodziłam się już jednak z myślą, że życie to nie film. Zatkało mnie zupełnie i wzruszyło do łez, gdy wyszliśmy z kościoła, a zza rogu dobiegły nas pierwsze takty wymarzonej piosenki wygrywanej przez całą orkiestrę usadowioną na chodniku przed świątynią.
Niezaprzeczalnie był to najpiękniejszy dzień mojego życia i dziękuję wszystkim, którzy zechcieli wziąć w nim udział!
|