‹‹ poprzedni artykuł   strona główna   następny artykuł ››
Pożegnanie
             No i stało się! Po trzech latach, jednym miesiącu i dziewiętnastu dniach zakończylismy naszą emigracyjna podróż! Spakowaliśmy manatki, wsiedliśmy w samolot i już po trzech godzinach stanęlismy ponownie na polskiej ziemi. Łatwo nie było.

             Ponieważ klamotów nagromadziliśmy zaskakujące ilości (wersja Drugiej Połówki- „Ty nagromadziłaś”!), musieliśmy zamówić specjalnego kuriera, by przetransportować nasze bogactwo głównie odzieżowe do Polski. Ofert w internecie naoglądaliśmy się całe mrowie. Jednak i tym razem nie dane nam było spać spokojnie. Nasi transportowi wybrańcy pojawili się pod domem o drugiej w nocy i nie zważając na nasze protesty, że z deczka późno jest, poczęli rwać włosy z głowy.

            - Bo, gdzie my te osiem kartonów zmieścimy?!- Płakali. I faktycznie było nad czym. Paka niewielkiej ciężarówki już była upchana do granic możliwości i można było tam dołożyć co najwyżej pudełko zapałek, a nie sto trzydzieści kilo żywej wagi w opakowaniach po chipsach, plastikowych kubkach i sprzęcie ogrodniczym. Jednak, do czego służy technika „z kopa”, „z bara”, a nawet „z baśki”, jeśli nie do zmaltretowania naszego starannie poukładanego dobytku? Drugiej Połówce wyrwało się rozpaczliwe:

            - Moja kolejka!- Kolekcjonerski plastikowy pociąg został zagrożony.

            Obydwoje, nie konsultując się nawet ze sobą, zgodnie zapamiętaliśmy rejestrację tego pożal się Boże pojazdu i tak nie mając nadziei na odzyskanie mienia. Cud się jednak zdarzył i majątek nasz dotarł o dziwo do Chorzowa w stanie nienaruszonym. Tata zawiózł wszystko taczką do piwnicy i nie pozostało mu już nic innego, jak czekać na marnotrawną córkę, której coraz to głupsze pomysły do głowy przychodzą.

            Na do widzenia obeszliśmy jeszcze co ciekawsze puby w Galway, wypróbowaliśmy po raz kolejny tradycyjne trunki, pożegnaliśmy się z oceanem oraz grupą znajomych i nadszedł czas na trzymanie się raz podjętej decyzji.

            Tym razem postanowiliśmy zaszaleć. Miast gnieść się w plastikowej puszce pod godłem Ryanair, usadziliśmy się wygodnie w narodowym irlandzkim przewoźniku Aer Lingus. Korzyści wypłynęły z tego następujące:

            - nikt nie krzyczał w niewiadomym celu,

            - nikt nie urządzał wyścigów wypchanym po brzegi wózkiem pomiędzy siedzeniami,

            - nikt nie próbował nam opchnąć: perfum, whisky w proszku, przestarzałej kanapki, zdrapek, papierosów bezdymnych, ani nic w tym jakże wysokim guście,

            - kolan nie musieliśmy trzymać tuż pod brodą, tylko spokojnie zmieściły się przed siedzeniem.

            Na lotnisku w Krakowie oczywiście postanowiono nas przewieźć autobusem dwa metry od samolotu do wejścia do budynku. A nóż jakiś uciekinier zechciałby wymknąć się służbie celnej i przejść się pieszo! Nie z nimi te numery!

            Obowiązkowe atrakcje na Kraków Airport to:

- wnikliwe gapienie się celnika w paszport każdego podróżnego,

- skanowanie tegoż do momentu powyginania okładki na wszystkie możliwe strony,

- zwracanie uwagi domniemanemu terroryście, że ma się patrzeć w oczy i zdjąć tę czapkę, bo nic nie widać,

- tworzenie kilometrowych kolejek przy wejściu tylko po to, by sobie kto nie pomyślał, że tak łatwo dostać się do zacnej Rzeczpospolitej

Szczyt szczytów osiągnęła pani celnik bełkocząca coś w tylko sobie znanym języku do pewnego Irlandczyka. Biedny chłopak nic nie rozumiał, bo pojąć te zabiegi lingwistyczne mogliby co najwyżej współuczestnicy kursu angielskiego dla przedszkolaków- grupa maluchy, który zapewne przeszła celniczka. Oburzyła się w końcu niekumatym pasażerem i wydarła się na całe gardło:

- Do you speak English?!!!- Biedak wystraszył się nie na żarty, a zarozumiałej kwoce, królującej w swojej szklanej budce nie przyszło do głowy, że może to z jej angielskim jest coś nie tak, a nie Irlandczyk zapomniał nagle własnego języka w gębie.

Rodzice powiedzieli, że się cieszą z naszego przybycia. Pies też. Nie pozostaje nam nic innego, tylko im wierzyć. Trochę trudno przebiega jednak nasza aklimatyzacja. Bo jakoś dziwnie nam się odzwyczaić od: „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam” w sklepie czy urzędzie na rzecz: „czego” lub grobowej ciszy. Kolega pocieszył nas niezmiernie.

- Mnie po roku w Irlandii przystosowywanie się na powrót do polskich warunków zajęło sześć miesięcy. Ciekawe, ile wy na to będziecie potrzebować po trzech latach.

Dobrze jest jednak zobaczyć rodzinę, znajomych i pogoda całkiem, całkiem. Czas na nowy etap w naszym życiu.

 

 

2010-07-03

Dodaj swój komentarz

Nick / imie:
 
Komentarze
tubylec 2010-07-08 23:24:00
Witamy w Polsce:)