|
Ponieważ klamotów nagromadziliśmy zaskakujące ilości (wersja Drugiej Połówki- „Ty nagromadziłaś”!), musieliśmy zamówić specjalnego kuriera, by przetransportować nasze bogactwo głównie odzieżowe do Polski. Ofert w internecie naoglądaliśmy się całe mrowie. Jednak i tym razem nie dane nam było spać spokojnie. Nasi transportowi wybrańcy pojawili się pod domem o drugiej w nocy i nie zważając na nasze protesty, że z deczka późno jest, poczęli rwać włosy z głowy.
- Bo, gdzie my te osiem kartonów zmieścimy?!- Płakali. I faktycznie było nad czym. Paka niewielkiej ciężarówki już była upchana do granic możliwości i można było tam dołożyć co najwyżej pudełko zapałek, a nie sto trzydzieści kilo żywej wagi w opakowaniach po chipsach, plastikowych kubkach i sprzęcie ogrodniczym. Jednak, do czego służy technika „z kopa”, „z bara”, a nawet „z baśki”, jeśli nie do zmaltretowania naszego starannie poukładanego dobytku? Drugiej Połówce wyrwało się rozpaczliwe:
- Moja kolejka!- Kolekcjonerski plastikowy pociąg został zagrożony.
Obydwoje, nie konsultując się nawet ze sobą, zgodnie zapamiętaliśmy rejestrację tego pożal się Boże pojazdu i tak nie mając nadziei na odzyskanie mienia. Cud się jednak zdarzył i majątek nasz dotarł o dziwo do Chorzowa w stanie nienaruszonym. Tata zawiózł wszystko taczką do piwnicy i nie pozostało mu już nic innego, jak czekać na marnotrawną córkę, której coraz to głupsze pomysły do głowy przychodzą.
Na do widzenia obeszliśmy jeszcze co ciekawsze puby w Galway, wypróbowaliśmy po raz kolejny tradycyjne trunki, pożegnaliśmy się z oceanem oraz grupą znajomych i nadszedł czas na trzymanie się raz podjętej decyzji.
Tym razem postanowiliśmy zaszaleć. Miast gnieść się w plastikowej puszce pod godłem Ryanair, usadziliśmy się wygodnie w narodowym irlandzkim przewoźniku Aer Lingus. Korzyści wypłynęły z tego następujące:
- nikt nie krzyczał w niewiadomym celu,
- nikt nie urządzał wyścigów wypchanym po brzegi wózkiem pomiędzy siedzeniami,
- nikt nie próbował nam opchnąć: perfum, whisky w proszku, przestarzałej kanapki, zdrapek, papierosów bezdymnych, ani nic w tym jakże wysokim guście,
- kolan nie musieliśmy trzymać tuż pod brodą, tylko spokojnie zmieściły się przed siedzeniem.
Na lotnisku w Krakowie oczywiście postanowiono nas przewieźć autobusem dwa metry od samolotu do wejścia do budynku. A nóż jakiś uciekinier zechciałby wymknąć się służbie celnej i przejść się pieszo! Nie z nimi te numery!
Obowiązkowe atrakcje na Kraków Airport to:
- wnikliwe gapienie się celnika w paszport każdego podróżnego,
- skanowanie tegoż do momentu powyginania okładki na wszystkie możliwe strony,
- zwracanie uwagi domniemanemu terroryście, że ma się patrzeć w oczy i zdjąć tę czapkę, bo nic nie widać,
- tworzenie kilometrowych kolejek przy wejściu tylko po to, by sobie kto nie pomyślał, że tak łatwo dostać się do zacnej Rzeczpospolitej
Szczyt szczytów osiągnęła pani celnik bełkocząca coś w tylko sobie znanym języku do pewnego Irlandczyka. Biedny chłopak nic nie rozumiał, bo pojąć te zabiegi lingwistyczne mogliby co najwyżej współuczestnicy kursu angielskiego dla przedszkolaków- grupa maluchy, który zapewne przeszła celniczka. Oburzyła się w końcu niekumatym pasażerem i wydarła się na całe gardło:
- Do you speak English?!!!- Biedak wystraszył się nie na żarty, a zarozumiałej kwoce, królującej w swojej szklanej budce nie przyszło do głowy, że może to z jej angielskim jest coś nie tak, a nie Irlandczyk zapomniał nagle własnego języka w gębie.
Rodzice powiedzieli, że się cieszą z naszego przybycia. Pies też. Nie pozostaje nam nic innego, tylko im wierzyć. Trochę trudno przebiega jednak nasza aklimatyzacja. Bo jakoś dziwnie nam się odzwyczaić od: „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam” w sklepie czy urzędzie na rzecz: „czego” lub grobowej ciszy. Kolega pocieszył nas niezmiernie.
- Mnie po roku w Irlandii przystosowywanie się na powrót do polskich warunków zajęło sześć miesięcy. Ciekawe, ile wy na to będziecie potrzebować po trzech latach.
Dobrze jest jednak zobaczyć rodzinę, znajomych i pogoda całkiem, całkiem. Czas na nowy etap w naszym życiu.
|